Ciało Catchie, czując jak usta Jonasa przywarły do niej, drgnęło, a sama dziewczyna lekko przymykając swoje powieki oparła dłonie na klatce piersiowej Josepha. Czując, że chłopak próbuje wsunąć jej swój język do buzi, odskoczyła i odepchnęła go po czym wybiegła z sali kierując się prosto do szatni. Czarnowłosa stając przez umywalką, podtrzymała się jej rękoma i biorąc głęboki oddech chciała wyrównać bicie swojego serca. Przed oczami ciągle widziała sytuację jaka miała miejsce kilka chwil temu, a na swojej szyi w dalszym ciągu czuła oziębły oddech Jonasa. Spoglądając w lustro dziewczyna zauważyła, że znacznie zbladła, a pod jej oczami pojawiły się dwa, jakby siniaki. Biorąc w płuca jeszcze jeden głęboki oddech, Catchie nabrała w swoje dłonie wodę i przetarła nią twarz, licząc na lekkie orzeźwienie. Wypuszczając z ust dwutlenek węgla dziewczyna zgarnęła ze swojej sportowej torby turkusowy ręcznik i ubrania na przebranie, weszła do kabiny prysznicowej i opierając swoje czoło o zimne kafelki pozwoliła wodzie oblewać jej ciało.
- Catch, wszystko w porządku? - do drzwi łazienki zapukała przyjaciółka czarnulki.
- Tak, już wychodzę. - odpowiedziała po czym zakręciła kurki panelu i szczelnie otulając się ręcznikiem wyszła z kabiny prysznicowej. Wiedząc, że za drzwiami czeka na nią zniecierpliwiona przyjaciółka, Catchie szybko wysuszyła swoje włosy, spięła je w niezdarnego koka, włożyła na siebie ubrania, które miała na przebranie i wyszła z szatni uśmiechając się w kierunku Marisol. - Możemy iść. Jestem gotowa. - dodała.
- Na pewno? Chyba pobladłaś... - Marisol chciała jeszcze coś dodać, ale Catchie natychmiast jej przerwała i zniecierpliwiona ruszyła do wyjścia, chcąc uniknąć spotkania z Josephem.
Na marne. Idąc wielkimi, krętymi schodami, dziewczyny spotkały chłopaka, który wchodził na piętro trzymając w ręce plik kartek i granatową teczkę. Catchie dokładnie mu się przyjrzała, po czym spuściła swój wzrok starając się go wyminąć, ten natomiast wiedząc, że sytuacja w sali lustrzanej rozproszyła dziewczynę, obił się o jej ramię i rzucił datę następnego treningu.
~ ~
Całą drogę czarnowłosa szła wpatrując się w swoje buty i niespecjalnie słuchając Marisol, która jak zwykle opowiadała swoje plany na ten dzień, czasami tydzień, a zdarzało się i nawet, że na cały miesiąc. Catchie nigdy to nie przeszkadzało, lubiła słuchać przyjaciółki, kiedy ta zadaje jej swój poukładany, w przeciwieństwie do jej, plan na życie. Tym razem dziewczyna musiała się odciąć i pobyć na chwilę sama ze swoimi myślami. Osiemnastolatka analizując wszystko co zdarzyło się w jej życiu w przeciągu tygodnia, przymykała co moment swoje powieki z niedowierzaniem, że jedna osoba mogła sprawić, aby wszystko stało się tak nijak niestabilne. Joseph Adam Jonas - cholerny egoista, przyklnęła w myślach i kopnęła kamyk leżący na ulicy. Jedyne czego teraz potrzebowała to szklanka wody i jej łóżko.
- Halo, Catchie? Słuchasz mnie? - Marisol w końcu zorientowała się, że monolog, który wychodzi z jej ust, rozbija się o powietrze, a nie trafia do przyjaciółki.
- No przecież, że słucham. Mów dalej. - dziewczyna wróciła na ziemię i w końcu zaczęła słuchać tego, co mówi jej towarzyszka. - No tak, mówiłaś o tym, czy pójdziemy dzisiaj na ten obiecany spacer... - wymigała się czarnowłosa i zdziwiła się, że jednak wie o czym Marisol do niej mówiła.
- Mam wrażenie, że coś jest nie tak. - uniosła jedną brew ku górze. - Znowu Jason?
W tym momencie Catchie przypomniała sobie, że istnieje ktoś taki jak Jason. Jason Coneley, jej chłopak, dokładnie ten, który kilka dni temu prawdopodobnie zdradził ją z dwoma, starszymi od siebie blondynkami. Nagle poczuła w brzuchu nieprzyjemne ukłucie i zrobiło jej się ciepło. Mimo tego, że swój pocałunek z Jonasem mogła wytłumaczyć jako impuls czuła się źle względem Jasona, chociaż ten niejednokrotnie rozglądał się za innymi panienkami, co Catchie starała się dzielnie znosić.
- Po prostu mięliśmy sprzeczkę o jakąś głupotę. - w końcu odpowiedziała czując wzrok swojej przyjaciółki na swoim ciele. - Porozmawiamy i wszystko będzie dobrze. To tylko kilka cichych dni. - uśmiechnęła się pokazując dwa dołeczki w swoich policzkach.
- Mówię Ci, to nie jest chłopak dla Ciebie. - rzuciła oschło Marisol i chwyciła za klamkę bramy swojego domu.
- Dlaczego Ty taka dla niego jesteś? - dziewczyna podążała za przyjaciółką do drzwi wejściowych. Marisol już miała otwarte usta i chciała powiedzieć czarnowłosej o co chodzi, ale w tym samym momencie, w drzwiach domu stanęła Pani Mahome, a za jej nogę trzymała się mała Sharon.
- Shari skarbie! - Catchie pisknęła na widok malutkiej siostrzyczki, a ta wybiegła zza kobiety i niezgrabnym jeszcze krokiem pobiegła przytulić siostrę.
Złotowłosa dziewczynka objęła szyję Catchie i kładąc swoją małą główkę na jej ramieniu, wydusiła z siebie krótkie "Boo", czyli słówko, które wybrała sobie do określenia siostry. Osiemnastolatka słysząc swoje imię w wersji Sharon uśmiechnęła się i uściskała ją jeszcze mocniej. Kiedy jest przy małej, nagle wszystkie problemy znikają, a sama ona potrafi cieszyć się i śmiać z najmniejszych drobnostek. Teraz też tak było. Wystarczyło, że Sharon spojrzała na nią swoimi okrągłymi oczkami, a ta zostawiała swoje problemy za sobą i starała się, aby małej nigdy niczego nie brakowało, choć i tak ciągle powtarzała, że nie da rady zastąpić jej mamy, którą przecież sama w młodym wieku straciła.
Stojąca przy drzwiach Pani Mahome rozpromieniała i zaśmiała się pod nosem widząc Sharon, która cieszy się na widok siostry. Mama Marisol zawsze podziwiała Catchie, że pomimo tak młodego wieku wzięła pod swoje skrzydła osieroconą siostrzyczkę i dała radę pogodzić to ze szkołą i pasją, jaką był dla niej taniec. Chyba dlatego też postanowiła pomóc jej w opiece nad malutką. Chciała chociaż trochę ulżyć dziewczynie i sprawić, by ta nie zapomniała, że ma osiemnaście, a nie trzydzieści parę lat.
- Wejdźcie dziewczyny. - kobieta otworzyła drzwi na oścież. - Mam dla was obiad. Sharon zdążyła zjeść czekając na was. - uśmiechnęła się po czym pogłaskała złotowłosą dziewczynkę bo główce.
- My dziękujemy. - uśmiechnęła się Catchie i chwyciła siostrę, która chciała jej gdzieś uciec. - Obiecałyśmy z Marisol Sharon spacer. Dawno nie spędziłam z nią pełnego popołudnia. - dodała i zaczęła ubierać złotowłosej dziewczynce różowy sweterek, który podała jej Pani Mahome.
- W takim razie, nie zatrzymuję was. Tylko proszę, uważajcie na siebie.
- Mamo, przecież nie mamy pięciu lat. - przerwała rodzicielce Marisol. - Mogłabyś proszę wziąć moją torbę do domu? - podała kobiecie torbę, po czym posadziła dziewczynkę w wózku dziecięcym.
- Ostrożności nigdy za wiele! - pouczała nastolatki dalej. - Dobrze, idźcie, bo zrzędzę jak stara baba. - zaśmiała się sama z siebie.
- Dobrze, będziemy uważać. Kocham Cię. - dziewczyna ucałowała matkę i pchając wózek ruszyła przed siebie.
- Dziękuję. Dowidzenia. - Catchie nieśmiało uśmiechnęła się i pociągnęła wzrok za sylwetką kobiety, która powoli znikała za drzwiami frontowymi.
~ ~
O tej porze dnia plac zabaw wypełniony był maluchami biegającymi od zjeżdżalni do huśtawek poprzez piaskownice i różnorakie atrakcje dla dzieci do dwunastego roku życia. Dookoła roznosił się śmiech rozbawionych maluchów, a gdzieniegdzie krzyk niektórych, którzy biegnąc do rodziców potknęli się o własne, niezdarne nóżki, czy te, które między sobą posprzeczały się o zabawki w piaskownicy. Wśród nich, na kolorowej ławeczce siedziała mała, złotowłosa Sharon, która od małego szła w ślady siostry i nie dawała za wygraną. Co chwilę roznosił się donośny krzyk, któregoś z dzieci, któremu Sharon wyrwała wiaderko, bądź łopatkę.
- Chyba nie będę z nią mieć spokoju. - wzdychnęła Catchie słysząc krzyk dwuletniego chłopczyka, któremu Sharon wyrwała z rąk zabawkę. Poklepując się po kolanach wstała i leniwym krokiem ruszyła do piaskownicy.
- Sharon, mówiłam Ci, że tak nie wolno! - wzięła stanowczym ruchem dziewczynce zabawkę. - Chłopczyk też chce się pobawić.
- Chłopczyk powinien przestać histeryzować i zostawić damie zabawkę. - czarnowłosa odwróciła się i zobaczyła za sobą chłopaka, który podszedł do chłopczyka. - Fredo, daj teraz zabawkę dziewczynce. - zwrócił się do malca po czym chusteczką wytarł jego załzawione, niebieskie oczy.
- Nie, przepraszam, nie powinna tak robić. Ostatnimi czasy jest strasznie uparta. - Catchie na widok chłopaka mimowolnie uśmiechnęła się. Pewnie był bratem dwulatka, na pewno nie ojcem, wygląda za młodo - pomyślała.
- Pewnie ma to po mamie? - spojrzał na Catchie pytająco i ukazał szereg swoich bielutkich zębów.
- Ta, pewnie tak. - odpowiedziała niepewnie. - Skarbie, baw się ładne, w innym wypadku pójdziemy do domy. - uśmiechnęła się i wróciła na ławkę, gdzie czekała na nią Marisol.
- No i czemu z nim nie pogadałaś? - Marisol oburzyła się.
- Przestań. - Catchie parsknęła melodyjnym śmiechem.
- Samotny ojciec, Ty samotna prawie mama... - westchnęła dziewczyna robią minę jakby coś knuła.
- Proszę Cię, wygląda za młodo. To pewnie brat. - czarnowłosa pociągnęła wzrok za chłopakiem, który również wrócił na swoją ławkę. - Poza tym, ja mam chłopaka. - Catchie dumnie uśmiechnęła się do siebie i założyła ręce na piersi.
- Co do chłopaka, możemy porozmawiać? - dziewczyna podskoczyła, kiedy tuż za swoją głową usłyszała głos Jasona. - Proszę, pięć minut, obiecuję! - chłopak przyłożył swoją rękę do serca, a Catchie uśmiechnęła się i zapominając o wszystkim co kilka dni temu Jason jej zrobił, podążyła za nim.
Marisol obserwując całe to zdarzenie z ławki, podniosła jedną brew ku górze i złoszcząc się na przyjaciółkę, że ta tak szybko daje się omotać młodemu chłopakowi, zacisnęła pięści ze złości i prawie co nie eksplodując przyglądała się jak Jason przeprasza Catchie, ta przez moment udaje twardą, a już po chwili wpada w jego ramiona i czule całuje. Czując, że po twarzy robi się purpurowa ze złości, odwróciła wzrok w stronę piaskownicy i uśmiechnęła się na widok Sharon.
~ ~
Dobrnęłam do końca i powiem szczerze, jestem ciekawa czy Wam się podoba.
Rozdział pisało mi się bardzo lekko i uważam, że chyba jest w porządku.
Właśnie rozpoczęłam ferie, więc może w ciągu tych dwój tygodni pojawi się coś nowego?
Do napisania! :)
Właśnie rozpoczęłam ferie, więc może w ciągu tych dwój tygodni pojawi się coś nowego?
Do napisania! :)
ps: przepraszam, że w rozdziale nie ma akapitów. Blogspot mi się zbuntował?